Archiwum z marzec, 2008|Strona archiwum miesięcznego
Ergo Proxy
Powyższy filmik to sekwencja otwierająca do anime zwanego Ergo Proxy. Anime bardzo dziwnego, trzeba dodać ale gdy się przebrnie przez pierwsze 2-3 odcinki, człowiek czuje, że musi pooglądać do końca. Bo chce wiedzieć co będzie dalej, chce poznać dokładnie historie kryjące się za postaciami, chce odkryć wszystkie tajemnice
Anime jest nastawione na relacje psychiczne, na stan umysłu, prosto mówiąc, jest to film psychologiczny. Czy raczej seria.
Do ściągnięcia na RealityLapse.
Pójdę na łatwiznę i tych, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej, odeślę do Wikipedii.
Dla zainteresowanych muzyką w tej sekwencji: Kiri zespołu Monorail.
Pisane łzami
Mam dość. Wszystkiego.
Powiadają, że cztery rzeczy nigdy nie wracają: wypuszczona strzała, zmarnowana szansa, wypowiedziane słowa i przeżyte życie.
Wypowiadałem różne słowa, których cofnąć nie można a których wolałbym zapomnieć
Zmarnowałem wiele szans, w przeszłości jak i teraz. Spotkałem osobę, którą mogę uważać za swój ideał. I co? Można sparafrazować słowa rosyjskiego ministra: “chciałem dobrze a wyszło jak zwykle”. Nie spotkam już drugiej takiej osoby. I nie wiem, czy uda się poprowadzić życie tak, żeby spróbować naprawić, powrócić do tego, co było. Staram się cieszyć, tym co jest, tym co mam. Dzięki bogom, są ludzie, którzy pozwalają zapomnieć, załagodzić. Nie pozwalają całkiem zatonąć. Dokładniej, to są dwie takie osoby. Bardzo ważne. Najważniejsze. Dzięki jednej rozpocząłem siebie, na początku studiów. Znalazłem słuchacza, któremu nie bałem się mówić rzeczy, których nikt nie wiedział. I dla którego, a w zasadzie dla której, powstało wiele wersów i dzięki której paru miesięcy nigdy nie zapomnę.
Druga osoba nie pozwala oszaleć, zatonąć, załamać się. Teraz. I która na początku wydawała się zdystansowana, chłodna. A która, jeśli tylko jej pozwolić i jeśli uzna kogoś za wartego tego, jest najlepszą przyjaciółką, jaką sobie tylko można wymarzyć . Ciepłą i troskliwą. Czasami stojącą mocno na ziemi. Strofującą. Czasami potrafiącą się zapomnieć i przytulić tak, że człowiek czuje, że warto żyć. Zawsze bliską.
Nie wiem, czym zasłużyłem na tą dwójkę. I nie wiem, jak kiedykolwiek podziękuję, odwdzięczę się.
Przeżyłem swoje życie. Nie można go cofnąć i dokonać zmian. Ale nie wiem, czy chciałbym. Bo nie jestem całkiem z siebie niezadowolony. Nienawidzę siebie tylko czasami.
Co pozostało do napisania? Nie wypuściłem jeszcze nigdy strzały. A czasami chciałbym, żeby wróciła. I coś skończyła.
dArk out. Ciąg dalszy powinien nastąpić
A gdy odejdę niedaleko…
A gdy odejdę niedaleko
Żyj tak jak zawsze
Ze świadomością milczącą
Że światełko ciągle płonie
Te dni, godziny, sekundy
Czy one nic nie znaczą?
Gdy płaczesz zapominasz
Że jestem tylko człowiekiem
Wszedłem na ścieżkę
Złą a jednocześnie
Tak piękną i kojącą
Która szybko mi ucieka
Oddałem mnie innym
Szkoda tylko, że
Nie mogę zrobić tego samego
Dla siebie… Dobranoc.
—
Jestem tutaj…
Jestem tutaj
Kreśląc linie
Na tafli lodu
Wokół taniec
To śnieg
Powraca do korzeni
Ostrzem ze stali
Rysuję na krze
Moją przeszłość
Wcale nie pragnę
Uczuć ciepła
Płynącego z serca
Ta kra
Na której stoję
Roztopiłaby się
Nie wystarczyłoby
Miłości gorącej
By ogrzać ciało
Które wpadło
Do lodowatej masy
Obojętnej wody
—
Piękna byłaś…
Piękna byłaś
Gdy kwiaty na drzewach kwitły
Gdy trawa do życia się budziła
Gdy chmury cieniem kusiły
A teraz
Smakuję gorycz nienazwaną
Przeszłością spoglądam na świat
I nie radzę sobie gdy ktoś kocha
Co by było gdyby?
To pytanie kusi nocami
Gdy bezsenność sekundy znaczy
Tyle możliwości zmarnowanych
Brakuje czasu i możliwości
By teraz, gdy już dorośliśmy
To wszystko nadrobić
Beztrosko biec ku nieznanemu
Trzymając się za ręce
Ufnie spoglądając w przyszłość
I błądzić po łące
Pomiędzy mleczami w powietrzu
Łzy znaczą nasze ślady
Ktoś powiedziałby, że lepsze to
Niż krew, którą lepiej widać
I która nigdy nie nasyca
A ja wolałbym
Postawić mniej kroków krwawych
Niż całe życie niepewnie
Ślizgać się po gorzkim smutku
Tylko głupiec
Skacze z krawędzi osaczony
Tylko głupiec
Rozmyśla się w pół drogi na dół
Podaj mi rękę
Tak bardzo jej potrzebuję
By nie stać się głupcem
Nieumyślnie podwójnym…
—
Dobranoc J.
Dobranoc J.
Noc nadeszła ciepła
I taniec się zakończył
Wspólnych kroków szał
Węgle rozżarzone
W ognisku leżą
Blasku nadając
Tym ciałom spoconym
Dobranoc J.
Gdzie wiersze płyną
Życiem prozaicznym
z białego w ciemne
Słowami obmywasz
Te postaci dwie
Nie pot blask odbija
A woda ze smutnego nieba
Dobranoc J.
Tak wiele oddałaś
Kawałków swojej duszy
A teraz leżą na ściółce
Wiele par oczu
Patrzy na to wszystko
Pod dwoma z nich
Cień żalu błądzi
Dobranoc J.
Tak miło było
Posiedzieć z Wami
Jak w słońca cieple
Ręką dotykając lustra
Krew wcieram między rysy
Łzy na czerwono barwię
I zamykam w czerń
—
Daję Ci w prezencie…
Daję Ci w prezencie
Mój uśmiech
Który widzę zamazany
Przez łzy
Nie mam nic więcej
Może chociaż to sprawi
Że zobaczę siebie
W lepszym świetle
Jak miliony liści
W jesiennej zamieci
Tak i my tańczymy
Aż płomień nas strawi
Póki słońce nie zajdzie
Czerwienią i miedzią
Barwimy ten smutny świat
Kogoś inspirujemy?
Póki chmury nie przesłonią
Gwiazd na nocnym niebie
Tak i my cierpliwie wędrujemy
Spotkamy się tam, tak nisko
Trzymasz w ręku serce
Które płonie i rani
Podrzuć je umiejętnie
Spotkasz miliony iskier
—
Na powierzchni lustra…
Na powierzchni lustra
W kurzu namalowane
Widnieją słowa
Te cząstki szare
Zabrane z naszego odbicia
Palcami drżącymi
Oko prześlizguje się niepewnie
Po czystych liniach
Litery „K”
W głębi widać
Rozszerzone źrenice
Ciemnej toni zdumienia
Wysepka kurzu
W środku litery „O”
Prowokująco szepcze
„Zdmuchnij mnie”
Wcale nie chcesz
Kaszleć łzami
Niedokończona krzywa
Literki nigdy samotnej
„C”
Odruchowo patrzysz
Na następną w kolejce
Zastanów się, dlaczego
By dopełnić pary
I słowa sens
„H” symetrycznie błyszczy
Bez tych dwóch jedności
Słowo jedność opisujące
Nie miałoby sensu
Dumnie pierwsza
A w Twoim imieniu
Ostatnia, piękne „A”
Po części odzyskane
Przez nieustępliwy kurz
Odpocząć ustom daje
Spotykasz wreszcie
Niedokończone brutalnie
Kończące wszystko „M”
Dotykałaś tego lustra
Nigdy ze świadomością
Że zobaczysz swoje oczy
Poprzez słowo
Które niezasłużenie
Najczęściej otrzymują uszy
—
Nazywają miłość…
Nazywają miłość
Czymś pięknym
A przecież boli
Bardziej niż samotność
Nazywają miłość
Sensem życia
A przecież umieramy
Nie bez celu
Nazywają miłość
Przedsionkiem nieba
A przecież lepiej
Znamy czerwień piekła
Nazywają miłość
Pokarmem duszy
A przecież nieśmiertelne
Nie umrze głodne
Nazywają miłość
Wolą Boga
A przecież pozbawił
Ludzi doskonałości iskry
Nazywają miłość
Zarodkiem piękna
A przecież celem
Jest rodzenia ból
Nazywają miłość
Czymś powszechnym
A przecież każdy
Zaznał samotności szept
—
Dodaj komentarz
Komentarze (1)
Dodaj komentarz

