Archiwum z listopad, 2008|Strona archiwum miesięcznego
Trance progresywny
Miała być notka o pisaniu listów ale chwilowo nie mam pomysłu na to. Napiszę coś w sobotę. Będzie za to o muzyce.
Armin van Buuren, Dj Tiesto, Robert Miles, Brooklyn Bounce. Większość osób stwierdzi z niesmakiem: techno. I sobie pójdzie, przy okazji wyśmiewając osobę, która tego słucha.
A ja powiem: trance. Elektronika.
Muzyka czasami więcej warta, niż te wszystkie zespoły z gatunku ‘alternatywa’ lub ‘metal’. Stwierdzą niektórzy, że to jest muzyka komputerów, sztuczna, nieprawdziwa. Niech mi ktoś powie, cóż jest prawdziwego, jakie uczucia są w grze zespołów z gatunku ‘black tru norwegian fucking metal’? Gdzie jest technika, gdzie emocje, gdzie muzyka?
Muzyka elektroniczna jest subtelna, jest bardzo techniczna, liczy się tam głównie esencja, czyli nuty.
Wszystko zależy od człowieka. Słuchać takiej muzyki w klubie, w tłumie, z pomocą używek, a słuchać w zaciszu domowym to dwie różne rzeczy.
Jeśli ktoś chce dowodu, proszę bardzo. To tylko przedsmak tego, co kryje progresywny trance.
Dj Tiesto – Ur
+(II)
Inni a jednak podobni. Zakochani w książkach, patrzący na świat z ufnością dziecka. A przynajmniej do pewnego momentu.
Ktoś, kto przechodziłby obok zdziwiłby się, że dwójka ludzi siedzi obok siebie cichutko, z wzrokiem utkwionym gdzieś w jakimś nieokreślonym punkcie. Od czasu do czasu spoglądająca na siebie. Tak jakby zachodziła jakaś niesłyszalna, telepatyczna rozmowa.
Na razie nie potrzebowali słów. Na słowa przyjdzie czas później.
Można napisać, jak to owa para po dłuższym milczeniu w końcu zaczęła rozmawiać. Napisać, że porozumiewali się z łatwością, nie szukając tematów, to tematy znajdowały ich. Że gdy słońce zaszło i zrobiło się ciemno, powoli podążyli w kierunku miasta. Uśmiechnięci. Szczęśliwi. Być może zakochani. Trzymający się za ręce.
Że z trudem się rozstali.
Że starali się przyjeżdżać do siebie kiedy tylko to było możliwe.
Można napisać, że parze po dłuższym milczeniu zaczęło to ciążyć. Że owszem, rozmowa toczyła się, ale z trudem, z nieśmiałością, bo ani jedno ani drugie nie było typem osoby mocnej w słowach. Gdy słońce zaszło, zmarznięci podążyli w kierunku miasta, ważąc słowa i je mnąc. Niepewni. Niezaspokojeni. Być może rozczarowani. Bojący się dotknąć.
Rozstali się łatwo, z trudem powstrzymywali łzy gdy układali się do snu.
Nigdy więcej się nie zobaczyli. Pozostał po tym tydzień bólu i rozkojarzenia.
Sen.
Rzeczywistość.
A ja napiszę, że warto marzyć.
+(I)
Jest piękny jesienny dzionek. Godziny popołudniowe, słońce przebijając się z trudem poprzez wyrwy w chmurach, czerwieni się dumnie na chodnikach zasypanych listowiem. W powietrzu czuć typowo jesienne zapachy. Dym z ognisk, z kominów oraz lekki posmak nadchodzącej zimy.
Ta pora roku zdecydowanie odpowiada dwójce ludzi, która wędruje nieśmiało w kierunku lasu. Nieśmiało, albowiem to ich pierwsze spotkanie, nie do końca oswoili się z faktem, że muszą na siebie patrzeć, że muszą wypowiadać słowa, że muszą się, o zgrozo, najzwyczajniej w świecie komunikować bez pomocy internetu. Gdzieś tam w ukryciu błądzą dyskretne, lekko niepewne uśmiechy, chociaż niepewność wydaje się znikać w miarę jak sekundy odmierzają czas, który upłynął od pierwszego spojrzenia.
W głębi duszy On był całym tym faktem przerażony. Nigdy nie był osobą lubiącą towarzystwo. Nigdy nie czuł się dobrze, gdy poznawał nowych ludzi. A już szczególnie kobiety. Zawsze miał z nimi problem. Jego ręce w jakiś dziwny sposób nie miały się gdzie podziać, oczy szukały punktu zaczepienia, a gruczoły ślinowe postanawiały pójść na chwilowy urlop.
Tak, zdecydowanie bliski był paniki. Za każdym razem gdy na niego spojrzała szukał na jej twarzy oznak rozbawienia, odrazy, szyderstwa. Czegoś, co potwierdzałoby jego myśli, że jest śmieszny, brzydki i nieciekawy. Szukał tego u wszystkich wokół. I chyba znajdował, a przynajmniej tak mu się wydawało.
Weszli do lasu. Przystanęli. Każde z nich na swój własny i wyjątkowy sposób chłonęło tę ciszę, bliskość natury, półmrok oraz złożoność tego małego świata.
I gdzieś tam w środku poczuli nagłą tęsknotę ku lepszemu. Ku czemuś, czego nigdy nie doświadczyli. Popatrzyli na siebie.
Uśmiechnęli się. I zanurzyli się bez słów w tym otwartym i bezzaułkowym labiryncie drzew i pagórków. Bez słów, bo szept liści nie wymaga słów.
Zostali zaatakowani całą gamą zapachów, tak bardzo wyjątkowych dla lasu. Rozmawiali, decydując w końcu, że za odrobinę szczerego uśmiechu nikt nikogo nie zabije. Nikt się nie obrazi, ani nikt nie pomyśli niczego złego.
Znaleźli samotną ławeczkę przy ścieżce. W końcu cywilizacja mieszka po sąsiedzku.
Rozmowa szalała po ścieżkach wyobraźni. Gorzej było z rzeczywistością.
Cdn
Komentarze (3)
Komentarze (1)
Komentarze (1)

